Staś wiedział, kim zostanie, gdy dorośnie. Tego był pewien. Będzie strażakiem. Będzie jeździł po Łodzi i gasił pożary. Czasami może zdejmie jakiegoś kotka z drzewa, ale głównie będzie jeździł wozem strażackim jak prawdziwy bohater.
O STASIU, KTÓRY URATOWAŁ ŁÓDŹ
I
Staś wiedział, kim zostanie, gdy dorośnie. Tego był pewien. Będzie strażakiem. Będzie jeździł po Łodzi i gasił pożary. Czasami może zdejmie jakiegoś kotka z drzewa, ale głównie będzie jeździł wozem strażackim jak prawdziwy bohater. Na zrealizowanie tych planów ma jeszcze trochę czasu. Stasiu ma prawie 6 lat, przed sobą jeszcze wiele fajnych chwil i dużo nauki i – ma nadzieję – dużo więcej zabawy.
Dzisiaj Stasiu nie jest w dobrym humorze. W przedszkolu na śniadanie były kanapki z żółtym serem! Wyobrażacie to sobie?! Kto normalny je żółty ser! Albo biały. Bleee. Stasiu próbował oszukać samego siebie i posmarował ser masłem orzechowym. Jakoś weszło… Ale nastrój miał popsuty na resztę dnia. Nie chciał się bawić z Tadzikiem, swoim młodszym bratem, chociaż ten nie rozumiał, o co chodzi. Mama, która zawsze potrafi go uspokoić, też nic nie wskórała. Nawet tata nie dał rady go rozbawić. A musicie wiedzieć, że tata Stasia miał wyjątkowy talent. Stasiu podejrzewał, że tata jest superbohaterem, ale na razie tylko bacznie go obserwował. Tata miał bardzo ważną pracę. Codziennie ubierał się elegancko, brał teczkę i wychodził z domu. Często też z poważną miną odbierał telefony lub siedział zaczytany nad książkami tak wielkimi, że Stasiu nie miał siły ich podnieść.
Tata każdemu dawał dobre rady i pomagał. Czasami tylko wkładał taki śmieszny strój i wtedy stawał się bardzo poważny. Chociaż dużo pracował, zawsze miał czas dla swoich synów. Wspólnie jeździli na rowerach, grali w piłkę, chodzili na bardzo długie spacery, czasem wybierali się nad morze. Tata zawsze wiedział, na co on i Tadek mają ochotę. Ostatnio nawet zabrał ich na przejażdżkę tramwajem! Najprawdziwszym! I ani Stasiu, ani Tadzio niczego się nie bali. W końcu tata był obok. Dzisiaj też próbował różnych sztuczek i nawet stanął na głowie, bo był bardzo wysportowany.
Stasiu tylko się uśmiechnął i pomyślał: „Wiadomo, tata to jest gość!”.
Obejrzeli z Tadzikiem Króla Lwa, ale tego starego, bo tata oglądał z nimi, a jest sentymentalny. Wyjątkowo Staś nie ociągał się z pójściem do łóżka, wręcz przeciwnie, od razu po bajcie umył zęby i poszedł prosto do swojego pokoju. Bardzo lubił w nim spać. Jeszcze do niedawna trochę się tego obawiał, ale stwierdził, że skoro ma być strażakiem, to nie ma się czego się bać. Przecież nie będzie spał w pokoju rodziców całe życie! Położył się do łóżka i wziął ulubioną książeczkę, oczywiście o strażakach.
Gdy zasypiał, pomyślał tylko, że gdy będzie duży, to chyba zostanie prezydentem i wprowadzi zakaz produkcji żółtego sera…
II
– Stasiu! Stasiu! Idziemy! Wszyscy są już gotowi, czekamy na ciebie – mama Stasia wołała trochę zniecierpliwiona. – Przygotowałam kanapki z masłem orzechowym! Tadzik też już na ciebie czeka.
Stasiu zaspał! Obudził się jakiś zmęczony. Chyba mu się śniło, że czegoś szukał. Znacie to uczucie?
Kanapki z masłem orzechowym brzmiały bardzo dobrze. Napiłbym się do tego kakao z mlekiem czekoladowym…
– Stasiu! Do kanapek zrobiłam ci kakao z mlekiem czekoladowym – zawołała mama.
„Ale super!” – pomyślał i pobiegł do kuchni.
Po pysznym śniadaniu wszyscy poszli na spacer do parku Poniatowskiego. To było ulubione miejsce całej rodziny: plac zabaw, wielki amfiteatr, mostki nad stawem, nowa fontanna, szerokie aleje idealne do jazdy rowerem, altanka i niesamowity labirynt… Ale będzie zabawa!
„Szkoda, że nie wziąłem czapki z rekinkiem” – pomyślał. – „Lubię ją”.
O! Czapka leżała tuż przy huśtawce!
– Myślałem, że zapomniałem! Jest!
Zabawa trwała w najlepsze. Dzieci bawiły się na karuzeli, robiły zamki w piaskownicy, zjeżdżały na zjeżdżalni.
– Szkoda, że nie ma Dawida. Z nim zawsze jest najfajniej – powiedział Stasiu do kolegi z piaskownicy.
– Cześć Stachu! – zawołał Dawidek. – Ale fajnie, że tu jesteś! Nasze mamy właśnie się zdzwoniły i, jak się okazało, też jesteśmy w parku.
„Hmmm, to się robi podejrzane” – pomyślał Stasiu, ale tak dobrze bawił się z przyjacielem, że nie miał czasu o tym rozmyślać.
– Muszę wam o czymś powiedzieć – starszy chłopak usiadł obok nich na huśtawkach. Był dziwnie ubrany, miał garniturek i czapkę, wyglądał jak ze starego filmu. To bardzo ważne, więc słuchajcie uważnie, bo nie będę powtarzać. Raz na 33 lata w Łodzi dzieje się coś dziwnego. Odwraca się porządek rzeczy, ktoś miesza w czasie. Historia płata nam różne figle. W wyniku tego zamieszania dzieją się niestworzone rzeczy. Ostatnio park Poniatowskiego nagle znalazł się na Widzewie, w lodziarniach były lody o smaku wątróbki z bananem, na kolację jedliśmy śniadanie, tramwaje jeździły do tyłu, koty szczekały, a najważniejszą ulicą w mieście była ulica Mała. Miasto ogarniał chaos i panika, wtedy wszystko naprawił twój tata, Stasiu. Razem ze swoim kolegą Sewerynem zrobili tak, żeby wszystko było jak należy. Tata tego nie pamięta, bo niestety z wiekiem o pewnych rzeczach się zapomina… Teraz twoja kolej, rozumiesz, Stasiu? Tylko ty możesz to zatrzymać. Musisz zawrócić historię na właściwe tory. Tylko tobie to się uda. Masz super moce. Wiem, że dopiero je odkrywasz, ale nie ma czasu na tłumaczenia. Twój tata też był przestraszony, ale sobie poradził! Do dzieła! – i chłopiec zniknął tak nagle, jak się pojawił.
III
Stasiu i Dawid patrzyli na siebie zdziwieni.
– Jeżeli to prawda, to musimy coś zrobić. Nie będę jadł żółtego sera na kolację. Poza tym uwielbiam lody czekoladowe – powiedział Stasiu.
Złapał Dawida za rękę i pomyślał: „Chciałbym być w miejscu, gdzie wszystko się zaczęło”.
I nagle przyjaciele znaleźli się w pięknej puszczy. Tak dzikiej, że aż dech zapierało. Dookoła stały wielkie drzewa, słychać było odgłosy puszczy. Stali nad rzeką, co było dość dziwne, bo przecież w Łodzi nie było rzek. Wiał silny wiatr, a do brzegu dopływała właśnie mała łódeczka.
– Dzień dobry, może panu pomóc?
– O tak, tak. Jestem już starym człowiekiem. Liczę 44 wiosny, każda pomoc jest mile widziana.
Chłopaki ciągnęli mocno za sznurek, aż łódka znalazła się na brzegu.
– Dobre z was dusze – podziękował. – Mam na imię Janusz. A moje stare kości mi mówią, że zaraz będzie wielka burza.
Faktycznie, nad nimi zebrały się wielkie chmury, zaczęło wiać, drzewa tańczyły dookoła.
– Musimy się schować! Szybko, mam pomysł! – zawołał Stasiu.
Raz, dwa, trzy – przewrócili łódkę do góry dnem, podstawili pod nią gruby kij i tak oto przeczekali największą ulewę w historii Łodzi!
Gdy deszcz ustał, Janusz powiedział do nich:
– Stanisławie, Dawidzie, podoba mi się tutaj. Pomogliście mi stworzyć mój pierwszy dom z łodzi. Zostanę tu, założę wioskę, a na cześć naszej przygody nazwę ją Łódź!
– Ha! To dlatego Łódź nosi nazwę Łódź?! – zdziwił się Stasiu. – Cieszymy się, że mogliśmy panu pomóc.
Musimy lecieć dalej, bo przed nami jeszcze daleka droga! Życzymy panu wszystkiego dobrego. Niech się dobrze mieszka w Łodzi!
– Do zobaczenia, chłopcy! Dziękuję!
Stasiu pomyślał: „Początek już widziałem, teraz chcę do środka”.
Pyk. Znaleźli się na jakiejś górze. Stasiu jeszcze nigdy tam nie był. Dawid też nie. Na szczycie stał cały ubrany na czarno poważny pan, który mówił do siebie:
– Pięknie, pięknie. Ile lasów! Jakie drzewa! I te rzeki. No pięknie, pięknie…
– Dzień dobry, mam na imię Stanisław, a to mój kolega Dawid.
– Dzień dobry, ja też jestem Stanisław. Stanisław Staszic. Ładne masz imię – starszy mężczyzna uśmiechnął się szeroko. – Widzieliście jak tu ładnie! To jest Łódź! Legenda głosi, że dawno temu przypłynął tu pewien człowiek i ze swojej łódki zrobił pierwszy dom w Łodzi…
– Tak, miał na imię Janusz – powiedział cicho Stasiu.
– Janusz. Może być i Janusz. Zobaczcie, chłopcy, co byście tu zrobili? Mamy rok 1825 i tyle możliwości! Co by tu zrobić, co zrobić? Muszę szybko wymyśleć odpowiedź, bo mnie zwolnią z pracy!
– A może by tu zrobić tor gokartowy? – zapytał Dawid.
– Goka co? Nie wiem, o czym mówisz? – pan Staszic wydawał się zbity z tropu.
– Nieważne. Mam pomysł! Babcia Tereska mi kiedyś mówiła, że Łódź to miasto fabryczne. Było w nim dużo kominów, a ludzie mieli mnóstwo pracy.
– Fabryki! Tak, Stasiu! Jesteś genialny! Jednak imię zobowiązuje! Postawimy tu fabryki! Będą tysiące kominów, a miasto będzie rosło i rozwijało się jak żadne inne. Mamy wszystko! Rzeki, lasy, ludzi do pracy!
– No właśnie! Skoro pan o tym mówi, to czy można by było jednak zrobić tak, żeby mniej w życiu pracować. Żeby ludzie mieli czas na spacer, rower, czytanie bajek czy oglądanie telewizji.
– Czego? – zapytał pan Staszic.
– Nieważne! – wykrzyknęli razem.
– Wie pan, o co chodzi?
– Chyba wiem, ale teraz muszę już pędzić, by wysłać telegram do mojego szefa! Dziękuję wam chłopcy! Uratowaliście mnie! – i tanecznym krokiem zbiegł na dół.
– To było bardzo dziwne… – powiedział Dawid. – Gdzie teraz?
– Teraz chciałbym zobaczyć, jak wyglądają te fabryki!
IV
Pufff.
Ile tu było ludzi! Szli w lewo i w prawo, wzdłuż i wszerz. Byli wszędzie.
Stasiu bez trudu rozpoznał miejsce, w którym się znajdowali. To Manufaktura. Wielki sklep, w którym jest wszystko! Ale teraz to miejsce wyglądało zupełnie inaczej – było jakieś ciemne i mroczne, z kominów buchał dym, pod bramą stał tłum ludzi, wozy z końmi i co chwila ktoś krzyczał: UWAAAGA!
Stasiu pomyślał, że tata nie wie, o czym mówi, kiedy narzeka na ruch w Łodzi i twierdzi, że niby jeździ po niej za dużo aut! Ha!
Szkoda, że nie mógł tego zobaczyć…
Zauważył, że na wprost bramy stoi jakiś mężczyzna liczący ludzi wchodzących do fabryki…
– 3456, 3457, 3458, 3459…
– Dzień dobry, może pomóc? – zapytał uprzejmie Stasiu.
– Nie, dziękuję. Sam sobie poradzę. Wszystko muszę robić sam. 3465, 3466, 3467…
– A co pan liczy?
– Jak to co? Robotników. Liczę, ilu ich mam. Muszę mieć ich jak najwięcej! Więcej od tego tam.
– Mam na imię Stasiu. Kto to jest ten tam?
– Nazywam się Izrael Poznański, a ten tam to Karol Scheibler. Byłeś kiedyś na Księżym Młynie?
– Nie wiem, chyba nie, ale u pana już byłem. To kiedyś będzie fajne miejsce.
– Taaak? Ciekawe, ciekawe…
– Tamten, Karol, ma największą fabrykę w Łodzi, największą! Zatrudnia tysiące osób. A ja jestem ciągle drugi! Chcę być pierwszy, chociaż w jednej rzeczy! – pan Izrael prawie płakał!
– Ale przecież ma pan piękną fabrykę i piękny pałac!
– Jaki pałac? Ta chatyna przy fabryce? Żartujesz sobie ze mnie! Nie lubię tego! – pan Izrael groźnie spojrzał na Stasia, ale on wiedział, co mówi.
– Ale jak to. Przecież tuż przy fabryce stoi ogromny pałac! Mama zawsze mówi, że wygląda jak deser lodowy! Jest tak wielki i bogaty!
– Hmmm, pałac! Pałac! Tak zrobię! Wybuduję sobie pałac, który przyćmi Karola Scheiblera. I wiesz co? On będzie w różnych stylach. A dlaczego? Bo mnie stać na każdy styl!
I poszedł. Nie powiedział ani dziękuję, ani do widzenia, ale Stasiu podejrzewał, że takim ludziom co innego chodzi po głowie. Pan Izrael ścigał się z panem Karolem o to, który z nich jest naj. A przecież w sumie to nie ma znaczenia, bo liczy się tylko to, co dajemy od siebie innym, a nie to, kto ma większy pałac czy auto!
– Dawid, jedziemy zobaczyć, jak wygląda nasz ulubiony park?
V
Wielki transparent przy wejściu do parku mówił:
WITAJ W OGRODZIE PRZY ULICY PAŃSKIEJ.
Ta okolica wyglądała zupełnie inaczej niż chłopcy ją zapamiętali. Park był ogromny, drzewa rosły tam, gdzie dzisiaj jest szpital i kościół, a nawet dalej!
– Wow! Dzisiaj chyba jest otwarcie. – Dawid pokazał mu pięknie ubrane panie z parasolkami, w kapeluszach i eleganckich panów w białych rękawiczkach i z laseczkami.
– Dzisiaj jednak trochę inaczej się ubieramy na spacer do parku – zaśmiał się Stasiu.
Chłopcy doszli do gazeciarza i poprosili, żeby im opowiedział, co się dzieje.
Okazało się, że faktycznie dzisiaj jest wielki dzień dla miasta. Otwiera się ogród przy ulicy Pańskiej, a w nim piękne altany, staw, zachwycający drzewostan. Wszystko po to, żeby umęczeni po pracy łodzianie mogli odpocząć po pracy. Podobno tak zapisał w statucie miasta niejaki Stanisław Staszic. Kazał przysięgać kolejnym prezydentom miasta, że zawsze będą pamiętali o prawie do zabawy i wolnego czasu!
Stasiu uśmiechnął się szeroko, poprawił czapkę z rekinkiem i wszedł do parku.
Wszystko wyglądało pięknie! A po tych szerokich alejach, gdzie ścigali się z Dawidem na rowerach, jeździły piękne powozy zaprzężone w dwa konie.
– Jak na filmach… – wzdychał Dawid.
Nie mogli się nadziwić, jak to miejsce wygląda. I chociaż przecież dobrze je znali, zachowywali się, jakby byli tu pierwszy raz w życiu. I ten staw! I drzewa! I króliki! Królików za ich czasów nie było.
– I z czego tu się tak cieszyć! – podszedł do nich mężczyzna w jasnym garniturze. – Nazywam się Teodor Chrząński i to ja zaprojektowałem ten park. Widzę, że się wam podoba! – Proszę pana, to nasze ulubione miejsce w całej Łodzi! Jest super! I te króliki! Bardzo tu jest fajnie! – Cieszę się, że tak mówisz, ale te króliki spędzają mi sen z powiek… Jest ich tutaj bardzo dużo. Najpierw było tylko kilka, po miesiącu cztery razy tyle, potem osiem razy… a teraz Łódź i ogród przy ulicy Pańskiej borykają się z największą w historii plagą dzikich królików!
– HAHAHAHHAHAHA – Stasiu i Dawid nie mogli przestać się śmiać. – Przepraszamy pana bardzo, ale to takie śmieszne!
– HAHAHAHAH – pan Teodor dołączył do nich. – Macie rację. Króliki! Hahahaha! Dawno się tak nie uśmiałem! Ale na poważnie, to jest poważny problem, któremu muszę jakoś zaradzić. Trzymajcie się chłopcy! Dzięki wam odpocząłem na chwilę od problemu. Dzikie króliki! Hahahaha.
Śmiech pana Teodora było słychać jeszcze długo…
Na jednej z ławek siedział ten sam chłopak, którego już spotkali w tym parku. To on opowiedział im o tym całym zamieszaniu. Stasiu zdał sobie sprawę, że teraz on pasuje do tego miejsca, a oni w koszulkach, krótkich spodenkach i czapkach z rekinkiem wyglądają jak z innego świata.
– Cześć Stasiu! Cześć Dawidzie! Cieszę się, że was widzę. Dobrze wam idzie, powoli wszystko się normuje, ale brakuje nam jeszcze kilku punktów do tego, żeby wszystko wróciło do normy. Czasami wystarczy jedna mała rzecz, która potrafi zmienić losy wielu osób. Działajcie dalej.
Stasiu i Dawid nie zdążyli się odezwać, a chłopiec zniknął… Niestety nie powiedział im, co mają zrobić dalej.
– Chciałbym wiedzieć, co robić – powiedział Stasiu.
VI
Pyk. Znaleźli się na Piotrkowskiej. Chłopaki dobrze znali tę ulicę, byli tu wiele razy, a Stasiu nawet brał udział w wycieczce. Było bardzo fajnie i dużo z niej zapamiętał.
Ale ta Piotrkowska wyglądała zupełnie inaczej. Jeździły po niej auta, a nad sklepami wisiały świetlne reklamy, które nazywają się neony. Stasiu ich nie znał, bo teraz już nie ma takich cudów. Teraz reklamy są nudne i wszystkie wyglądają tak samo.
W miejscu, gdzie dzisiaj jest kolorowy przystanek tramwajów zwany przez wszystkich Stajnią Jednorożców, nie było nic, a po Jednorożcu też nie było śladu. Za to pod Centralem stała ogromna kolejka!
– Przyjechałam z Warszawy po firanki.
– A ja z Piotrkowa Trybunalskiego po obrusy!
Stasiu usłyszał rozmowę w kolejce.
– Ciekawe. Nie przypuszczałem, że Central był tak popularny – w tej samej chwili podjechał autokar z gośćmi ze Śląska, którzy ustawili się na końcu kolejki.
– Chodź, Dawid, idziemy stąd. Musimy doprowadzić naszą sprawę do końca.
Chłopaki szli Piotrkowską i nie mogli się nadziwić, jak zmieniła się najważniejsza ulica Łodzi.
Przy pasażu Schillera ich uwagę przykuł wielki rysunek lodów.
– AMBROZJA – przeczytali wspólnymi siłami.
– Brzmi jak coś dobrego. Zjadłbym dobre lody – powiedział Stasiu.
– Mhm, ja też – przyklasnął Dawid!
W ogromnym ogródku Hortexu nie było wolnego miejsca. Musiało to być najbardziej popularne miejsce w Łodzi! Przy jednym ze stolików siedział zamyślony mężczyzna, który nad czymś pracował.
– Przepraszam pana, możemy się dosiąść? Nie będziemy przeszkadzać.
– Tak, tak – mężczyzna nawet nie uniósł wzroku.
Chłopaki usiedli i czekali grzecznie. Pan wzdychał, drapał się po głowie, wiercił na krześle. W końcu powiedział głośno:
– No nie mam pojęcia, co robić! – i postawił na stoliku figurkę!
– O, Miś Uszatek! – zawołał Stasiu
– Co ty powiedziałeś? – zapytał mężczyzna?
– Yyyy, Miś Uszatek… Wszystkie dzieci w Łodzi znają go doskonale. Tylko on trochę inaczej wygląda.
– Ale jak to? To jest bajka, nad którą dopiero pracuję. Mam już prawie wszystko. Brakuje mi tylko jednej malutkiej rzeczy, która dodałaby Misiowi to coś. Już nie wiem, co robić…
– Mogę? – zapytał Staś.
Wziął lalkę do ręki i… zagiął Misiowi lewe uszko.
– Proszę bardzo, oto Miś Uszatek!
– Tak! To jest to! Dziękuję, dziękuję, dziękuję! Fantastyczne. Miś Uszatek co klapnięte uszko ma!
Stawiam lody! Poproszę największą ambrozję w historii Hortexu dla tych dwóch bohaterów!
– Cieszymy się, że mogliśmy pomóc! Bardzo lubimy Misia Uszatka i zawsze go odwiedzamy kiedy jesteśmy na Piotrkowskiej
Pan spojrzał na nich dziwnie, ale był tak szczęśliwy, że nie miało znaczenia, o czym mówią.
– Muszę lecieć. Miś Uszatek. Doskonałe!
I pobiegł. A chłopcy zostali i zjedli największe lody w ich życiu. W końcu ambrozja to coś najlepszego na świecie!
– Co teraz? – zapytał Dawid.
– Już prawie koniec. Wiem to. Chcę do taty – powiedział Stasiu
VII
SZKOŁA TO TWÓJ DRUGI DOM!
Taki napis wisiał nad wejściem do 160 szkoły podstawowej przy ul. Andrzeja Struga.
Stasiu znał to miejsce. Tata mu je pokazywał i mówił, że być może to też będzie jego szkoła. Nawet się cieszył, bo tata nieraz ze śmiechem opowiadał, co tam wyprawiał razem z kolegami i koleżankami. Śmiechom nie było końca.
Było rano, przed godziną 8. Dzieci szły w stronę szkoły. Wyglądały jak wyrwane ze snu, jakby potrzebowały jeszcze pięciu minut drzemki. Stasiu zobaczył wśród dzieci znajomą twarz. Nie mógł skojarzyć, kto to, ale na pewno już widział tego chłopaka. Poszedł za nim. Weszli do budynku szkoły, skręcili w prawo do szatni. Jaki tam był hałas i harmider! Wszyscy mówili na trzy cztery, zmieniali buty, przepychali się w drzwiach. Na wszystko patrzyła srogo pani woźna. Stasiu zobaczył, że temu chłopakowi wypadł zeszyt. Podbiegł, spojrzał: ZESZYT DO MUZYKI, Vc, Kamil D.
To był tata! Młody tata.
– Halo, Kamil, wypadł ci zeszyt – zawołał Stasiu drżącym głosem. – Proszę.
– Dzięki, młody – tata z przeszłości się uśmiechnął, a uśmiech miał taki sam! – Uratowałeś mi życie, bo bez tego zeszytu dostałbym dwójkę i pewnie obniżoną ocenę na koniec.
I byłoby po wymarzonych studiach! Muszę lecieć! Dziękuję! Zaraz mam angielski, a na nim zawsze dużo się dzieje!
I pobiegł. A Stasiu stał jak zaczarowany. Wyobraził sobie, co by się mogło wydarzyć, gdyby tata dostał dzisiaj dwójkę…
– A teraz chcę do taty i do mamy. Chcę do Tadzia, do mojego parku, Łodzi jaką znam – wyraził się bardzo precyzyjnie.
Pyk!
Jest! Park Poniatowskiego, tata, który gania się z Tadzikiem, mama, która na nich patrzy z uśmiechem i rozmawia z mamą Dawida, ulubiona huśtawka, park, który wygląda niby tak samo, ale Stasiu wie o nim przecież o wiele więcej… Ale ulga.
– Jestem we właściwym miejscu.
Dawid poleciał prosto do mamy i powiedział, że chce do domu.
Do Stasia doszedł znajomy chłopak, który znowu wyglądał jak ze starego filmu.
– Brawo, Stanisław. Udało ci się. Naprawiłeś Łódź. Wszystko jest tak, jak być powinno, a nawet lepiej! Wszystko dzięki tobie!
– Jak lepiej?
– Ano, rodzice mają więcej wolnego czasu. Nie mogą pracować dłużej niż osiem godzin, do 16! Inaczej pracodawcy płacą karę. Tak zapisał to w dokumentach Stanisław Staszic. Zaznaczył też, że to za poradą młodego Stanisława, który pomógł mu zrozumieć tę prawdę. Pewnie wiesz, o co chodzi – chłopiec się zaśmiał. – Dziękuję ci. Zobaczę się pewnie z twoim synem za jakiś czas, ale ty już nie będziesz wtedy niczego pamiętał… Leć do rodziców, idźcie na lody, gwarantuję, że są i inne smaki poza wątróbką z bananem!
I poszli. Jak zawsze było wesoło, a lody były pyszne!
Stasiu nie nadużywał swojej mocy. Używał jej tylko wtedy, kiedy myślał o śniadaniu. Nigdy już nie jadł kanapek z żółtym serem. A gdy dorósł to został… A nie powiem! Bo to już zupełnie inna historia.
Autor: Justyna Tomaszewska, Just in Lodz
http://justbajka.pl/stasiu.html
Tagi: atrakcje Łodzi, zwiedzanie Łodzi, bajki o Łodzi, Łódź
